Czy sprawa Banasia wysadzi PiS?

Sprawa Banasia jest jednym z najciekawszych historii ostatnich lat. Jest to opowieść ponura, jeśli idzie o sprawę profesjonalizmu służb specjalnych i szerzej polityki. I jest to sprawa, która ma pułapkę mogącą władzę PiS-owską wysadzić w powietrze. 

Banaś do niedawna stał na czele KAS-u. Krajowa Administracja Skarbowa to jest de facto służba specjalna – byli funkcjonariusze tajnej policji, policji zwykłej, skarbowcy, panowie z CBA i tak dalej. Już samo tworzenie tej organizacji napotkało na wiele raf. Mnóstwo ludzi potraciło robotę, zostało wypchniętych na boczny tor i to często nie byli goście zza biurek, ale celnicy, właśnie goście powiązani z policją, czy tajnymi służbami. Było wielu niezadowolonych. KAS nastąpiła też na łapkę wielu ludziom, którzy prowadzili krociowe interesy. Nie tam interesy polegające na tym, że ktoś w kopercie zawinął 30 kawałków, ale biznesy, w których kwoty miały dziewięć zer.

Krótko mówiąc, jeśli idzie o kwestie formalne Marian Banaś nie był zwykłym niutkiem, albo piątym zastępcą minister Teresy Czerwińskiej. Był gościem w oku cyklonu, był jednym z najważniejszych urzędników państwa. 

Tak mniej więcej z rok temu Banaś, po jakimś konflikcie z celnikami, sam wyszedł z propozycją, żeby CBA przebadało mu oświadczenie majątkowe. I „Trzy litery” badały te oświadczenia z rok, co i raz wysyłając mediom, komunikaty, że proces ten będzie przedłużany na kolejne miesiące. 

Banaś w tak zwanym międzyczasie, po wyborach europejskich, został pełnym ministrem finansów i po wakacjach szefem Najwyższej Izby Kontroli. Można oczywiście stawiać tezę, że służby chciały mieć na stanowisku szefa finansów, a potem NIK-u człowieka, na którego są jakieś haki. Ale ja bym tę wersję włożył między bajki. Jest zbyt wyszukana, jak na krajowe standardy. 

Było po prostu tak, że przez ten blisko rok nikt nic nie zrobił, nie sprawdził, nie zbadał. Ani zimą, ani wiosną, ani latem nie odbyła się rozmowa Mariusza Kamińskiego, Jarosława Kaczyńskiego i Banasia, która mogłaby/powinna wyglądać mniej więcej tak: „Słuchaj Marian, zrobiłeś dla nas cholernie dużo. Naprawdę, gdyby nie twoja determinacja i pójście, jak przecinak nie mielibyśmy na 500+. Jesteś symbolem uszczelnienia podatków, połapania tych mafii VAT-owskich. Ale jest problem. Masz burdel w oświadczeniach majątkowych. I to taki, którego nie da się wyprostować. Za duże ryzyko dla nas i dla Ciebie, kochany. Więc zrobimy tak, że w przyszłym tygodniu wydasz oświadczenie, że z powodów zdrowotnych nie możesz dalej zasuwać tak, jak zasuwałeś w KAS. Dostaniesz medal, kwiaty. I pójdziesz na wiceszefa zarządu Orlenu, Lotosu, PGNiG, czy co ci tam pasuje. Sam zdecydujesz”.

Taka rozmowa się nie odbyła. Służby nie ostrzegły polityków, politycy nie porozmawiali na czas z Banasiem. Więcej, lider obozu politycznego sam w wakacje zaproponował Banasiowi, by ten stanął na czele NIK! Panowie wprowadzili Kaczyńskiego wprost na minę.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy tych błędach, zaniedbaniach służb. Wspomniałem, i co do tego nie ma chyba sporu, że Banaś przez kilka lat był facetem na pierwszej linii frontu nawalania się z czymś, co do języka popularnego weszło jako „mafie vatowskie”. Jednocześnie przez te lata składał oświadczenia majątkowe, które podobno weryfikować ma CBA. I tutaj jest pytanie. Czy polskie służby stosują jakąś, choćby najmniejszą, osłonę kontrwywiadowczą dla postaci na tak ważnych stanowiskach? Ja nie mówię o inwigilacji, tylko nieinwazyjnych sprawdzeniach. Podam prosty przykład. Wiadomo, że Banaś miał kamienicę w Krakowie, której własność wykazywał w oświadczeniu. Jeden telefon z CBA do komendy policji w Krakowie w stylu: „Kochaniutcy, dajcie nam info, co jest na Krasickiego pod numerem 24”.

I wtedy przyszłaby zapewne odpowiedź: „Jest tam taki nibyburdel, 30 skarg w ostatnich latach mamy zanotowane”. I wtedy Mariusz Kamiński lub Ernest Bejda, stojący na czele CBA, powinien udać się z krótką wizytą do Mariana Banasia z następującym przekazem: „Minister rządu nie wynajmuje lokalu na nibyburdel. Masz dwa tygodnie na usunięcie tego dzierżawcy. I ani jednego dnia dłużej”. Tak to działa w normalnych państwach, ale my mamy państwo bezradne i kartonowe. 

I teraz tak. PiS nie mając pojęcia o bałaganie w oświadczeniach majątkowych zrobił Banasia szefem NIK-u, który z racji sprawowanego urzędu ma dużą ochronę konstytucyjną. Wybuchł kryzys, którego PiS nie umiało rozwiązać, mimo nadzwyczajnych, jak to się opisuje, zdolności politycznych Jarosława Kaczyńskiego. 

Z białego wywiadu, dostępnych informacji można wywnioskować, jak ten kryzys wyglądał i gdzie ludzie Kaczyńskiego popełnili błędy. Było tak, że bodaj w zeszły czwartek PiS (przy wsparciu Banasia) przeprowadził nominację na wiceszefów NIK-u dla dwóch swoich polityków – Tadeusza Dziuby i Marka Opioły. Tego samego dnia w rozmowie Kaczyński i Kamiński wezwali Banasia do opuszczenia stanowiska ze względu na niedopuszczalny bałagan w oświadczeniach majątkowych, na co ma wykazywać nieujawniony dotąd raport CBA. Banaś, na co wskazują kolejne wydarzenia, zgodził się odejść. 

Przedpołudniem następnego dnia, czyli w piątek, podpisał jednozdaniową rezygnację i posłał swego kierowcę z papierem do marszałek Sejmu, Elżbiety Witek. Tyle, że wcześniej ani Kaczyński, ani żaden z ważnych jego podwładnych nie wytłumaczył Banasiowi jak ta dymisja musi być napisana. I że musi się w niej znaleźć przekazania pełnienia obowiązków jednemu z politycznych zastępców, a konkretnie Tadeuszowi Dziubie. Bo jest oczywiste, że taki właśnie był plan PiS-u: powołujemy Banasiowi zastępców, potem on odchodzi, Izbą pokieruje Dziuba, skoro nie mamy ze względu na brak większości w Senacie (przynajmniej do wyborów prezydenckich, które zmienią sytuację np. PSL-u) możliwości powołania nowego prezesa. Proste. 

Tego Banasiowi nikt nie wytłumaczył. Witek, jak rozumiem, poinformowana o planie kierownictwa partii odesłała Banasiowi „właściwą” wersję rezygnacji do podpisu. Taką z przekazaniem obowiązków Dziubie. Przy okazji zrobiła też krok wyjątkowo niemądry, bo zwróciła także pierwotną dymisję, czyli została z niczym. I tu PiS popełnił błąd kolejny. Mianowicie ze smyczy spuszczono harcowników, takich jak Beata Mazurek, którzy publicznie zaczęli obrażać Banasia i przymuszać go do odejścia. Do tego doszła jeszcze jedna rzecz. Popołudniu w piątek CBA poinformowało, że kieruje zawiadomienie w sprawie Banasia do prokuratury. Z tego, co podała środowa DGP, wynika, że zrobiono to, mimo iż, Banaś miał jeszcze blisko tydzień na odniesienie się do protokołu kontroli CBA. 

I teraz wyobraźcie sobie państwo Banasia, który jeszcze kilka godzin wcześniej słał dymisję do Witek. Siedzi w piątek gabinecie szefa NIK i dostaje następujące komunikaty: „Od początku mieli plan, że mnie wypchną, tylko czekali na powołanie następców, nawet w sumie jacyś drobni politycy PiS mają przyzwolenie na grillowanie mnie publicznie, CBA nawet nie czeka na moje uwagi i gna do prokuratury. Jaki będzie ciąg dalszy? Zatrzymają mnie, posadzą w areszcie, żeby pokazać jacy są pryncypialni i czyści?”. No więc Banaś postanowił papieru z rezygnacją Witek nie odsyłać. Nawet tego pierwszego, mimo rozpaczliwych próśb płynących z Sejmu. Gdyby PiS postąpiło chłodniej i rozsądniej, nie zaczęło grillować Banasia, miałoby jego dymisję. Ale nie ma, bo postąpiło bezmyślnie. 

Co więcej, doszło do eskalacji napięcia. Władza zaczęła polowanie na syna Banasia, który został wypchnięty momentalnie z Pekao SA, w niespotykanie pilnym trybie prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie oświadczeń majątkowych prezesa NIK. Do tego media, szczególnie jeden z dzienników, pełne są przecieków z tajnych służb, które mają obu Banasiów dyskredytować. Rozumiem, że krokiem następnym będzie wypuszczanie fragmentów raportu CBA i dociskanie szefa NIK-u. 

Nie znam Mariana Banasia. Z medialnych doniesień widzę, że to jest facet spod Nowego Targu, karateka. Siedział za komuny w więzieniu za działalność opozycyjną, no i zmontował dość konkretną służbę specjalną. Czyli nie jest to jakaś pierwsza lepsza lebiega. 

Z publicznych wystąpień widać, że jest to człowiek prostolinijny, niezamieszany w politykę zadaniowiec, który jest podbudowany swymi osiągnięciami w KAS. 

Jeśli dobrze rozumiem konstrukcję takich ludzi to widzę ją tak, że jeśli ktoś taki dostaje w pysk, jest obrażany, poniżany przez jakichś partyjnych aparatczyków bez zasług to oddaje. I tego na miejscu PiS-u jednak trochę bym się bał. Banaś był przez lata w sercu systemu, niejedno wie, niejedno widział i to nie z pozycji gońca, ale jednej z najważniejszych postaci. Dziecko wie, że jak zagonisz dużego psa do kąta, będziesz go szturchał, popychał, krzyczał to masz sporą szansę, że ugryzie.

PiS ma historyczną zdolność do wysadzania się w powietrze. Przypomnijmy sobie, że poprzednim razem zapalnikiem w 2007 roku stała się afera gruntowa wewnątrz obozu władzy, która była czerwonym dywanem i to po nim Tusk poszedł po władzę 12 lat temu. PiS i tajne służby rozegrały historię z Banasiem w sposób fatalny. Kaczyński lubi korzystać z nagiej siły, a nie dyplomacji. Nie sądzę, żeby grzebanie akurat przy bombie takimi narzędziami było strategią mądra w obliczu „sprawdzam”, jakim są wybory za pół roku. Naprawdę. I w polityce czasem warto się zatrzymać. I pomyśleć. Nawet, jeśli jest się silnym. 

Jacek Sasin, król rozdania.

Na miejscu zapobiegliwych działaczy prawicy sprawdzałbym już, kiedy urodziny ma Jacek Sasin i odkopywałbym numery do jego asystentów. A dziennikarze już chyba powinni szykować się do zbieranie wiadomości do artykułów na temat tego polityka. Będzie on, jak się dziś wydaje, największym wygranym nadchodzącej zmiany. 

Jeden z największych „kwasów” umykającej kadencji dotyczył władania nad spółkami skarbu. Wiadomo. To jest realna, twarda siła. Po pierwsze możliwość dawania posad, kierowanie budżetów reklamowych do takich lub innych mediów i kształtowanie ich przekazu, wspieranie takich lub innych fundacji, wybór doradców, konsultantów, takich lub innych kancelarii prawniczych. 

Wpływy w SSP budziły niezdrowe emocje przy Nowogrodzkiej. Dlaczego Mateusz Morawiecki ma tak dużo?! Skąd takie dowartościowanie Zbigniewa Ziobry?! Skąd u tej frakcji aż takie pieniądze na tak potężną kampanię wyborczą?! I tak dalej i tak dalej. Niekończąca się litania pretensji, żalu i podejrzeń. 

No to chyba ten czas właśnie się kończy i nitki do spółek będzie od zaraz trzymał w ręku nie człowiek któregoś ze skrzydeł, ale Jacek Sasin, czyli lojalny żołnierz prezesa. To on będzie pilnował kadr i nadzorował dystrybucję strumienia pieniędzy ze spółek skarbu. Sasin, jak ćwierkają wróbelki, zostać ma szefem nowego/starego ministerstwa skarbu, choć oczywiście będzie się ono inaczej nazywać, by nie przyznawać się do tego, że likwidowanie tego resortu w poprzedniej kadencji było bezsensowne. 

Pytanie, czy Sasin dostanie od Kaczyńskiego zielone światło na wyczyszczenie spółek i ustawienie ich od nowa? Na tym etapie trudno powiedzieć, ale można przypuszczać, że zmiany oczywiście będą. Oceniając na chłodno jest to w wykonaniu Kaczyńskiego ruch zręczny. Pozwala dyscyplinować wielonurtowe, chwilami rozchwiane zaplecze. Zawsze można coś dać, odebrać lub z zafrasowaną, pełną pozorowanej empatii miną powiedzieć na podstawie archiwum, że wydawanie pieniędzy w 2016 albo 2017 roku akurat na tamtą fundację śmierdzi na kilometr aferą.

Wydaje się, że ruch z Sasinem będzie najważniejszym przegrupowaniem odnowionej władzy PiS-u. 

Dlaczego Konfederacja wyskoczyła spod progu?

Dwie uwagi dotyczące dobrego wyniku Konfederacji, który należy potraktować jako kampanijną porażkę PiS-u. Stara strategia polityczna Jarosława Kaczyńskiego polega na tym, żeby margines na prawo od jego ugrupowania był jak najmniejszy. Taki by „to co na prawo” od niego nie wchodziło do Sejmu. Było to również oczywistym założeniem kampanii, która zakończyła się w zeszłym tygodniu. 

Tyle, że coś poszło nie tak, bo Korwin, Bosak, Winnicki, Braun i spółka dostali aż 1 mln 257 tys. głosów, co przełożyło się na 11 mandatów. 

Prezes PiS stracił „górkę” wynikającą z metoda D’Hondta, gdyby Konfederaci znaleźli się pod progiem. I na dodatek dostał polityczną konkurencję z dostępem do sejmowej mównicy. Dlaczego tak się stało? Zauważam dwa powody tej sytuacji. Strategiczny i taktyczny. 

Strategiczny jest taki, że PiS staje się partią mainstreamu, partią w dużej mierze pragmatyczną, ubraną w garnitur Mateusza Morawieckiego. 500+, wyprawki, trzynaste emerytury i tak dalej. Krótko mówiąc – portfel. 

Tyle, że istnieje, jak się okazuje, pokaźna grupa wyborców (nie tylko po prawej stronie zresztą), która nie głosuje portfelem, ale głosuje na konkretne wartości. Naturalna kolej rzeczy, że jeśli PiS idzie do środka po głosy to będzie je musiało tracić na skrzydle. Pytanie, co z tym można było robić? Być może delegować frakcję, która będzie o taki elektorat aktywnie zabiegać? 

Najwyraźniej jednak sprawa została zlekceważona z powodów czysto taktycznych. Badania pokazywały bowiem konsekwentnie, że Konfederaci są pod progiem i raczej spod niego nie wyskoczą. A jednak wyskoczyli. Dlaczego? Te same słupki donoszone przez socjologów pokazywały, że stronnictwo Boska, Brauna i Winnickiego ma pokaźną grupę zwolenników, która nie jest zdecydowana, by koniecznie iść na wybory. A jednak poszli. Co było tutaj zapalnikiem? Potraktowanie przez media publiczne, jak się wydaje. Lekceważenie, pomijanie, traktowanie z buta. Konfederaci mają wyborców młodych, którzy niekoniecznie siedzi przed telewizorem i pstrykając pilotem ogląda „Panoramę”, „Teleexpress”, czy Danutę Holecką w „Wiadomościach”. Raczej oglądają Youtube’a, komunikują się na Twitterze i w grupach na FB, gdzie dzielą się opiniami o lekceważeniu, pomijaniu przez media powiązane z PiS-em. To okazało się doskonałym paliwem. Mówicie, że nas nie ma, że powinniśmy się poddać, że jesteśmy na wąskim marginesie, że mamy wycofać z wyborów? Ok, to w takim razie się policzmy! No i się policzyli. Tak, że Jarosław Kaczyński na długo to zapamięta. 

Na marginesie spotkań Kaczyński-Przyłębska

Ciekawa historia na marginesie materiału Wyborczej o spotkaniach prezesa Kaczyńskiego z Julią Przyłębską w jej mieszkaniu. Chodzi o ilustrację, czyli stop-klatkę z nagrania kamery przemysłowej ochrony, którą w tym apartamentowcu przy Szucha serwuje agencja City Security. Jej szefem jest niejaki Beniamin Krasicki. 

W czwartek, zaraz po ukazaniu się tekstu Wyborczej, Jacek Karnowski, naczelny tygodnika „Sieci” popełnił krótką notatkę w portalu „Wpolityce”. Znalazł się tam następujący fragment: „Być może istotną informacją w tym kontekście jest fakt, że żona właściciela firmy ochroniarskiej jest z pochodzenia Rosjanką. Z kolei dwaj bracia właściciela – według naszych informacji – zajmują się usługami PR oraz bardzo różnym lobbingiem”. 

Tutaj nie trzeba zręczności porucznika Borewicza, by dojść, że Jackowi Karnowskiemu chodzi m.in. o Ignacego Krasickiego, szefa Art Mediów. Spółki doradczej i PR-owej, która latami była de facto afiliowana przy „Gazecie Polskiej” i za wysoką prowizją zabezpieczała wydawnictwu Tomasza Sakiewicza kontrakty reklamowe. 

Cała historyjka jest przykładem napięć na zapleczu obozu władzy. Widać, że musi się tam nieźle kotłować, a podejrzenia idą szeroko.

Ciekawostka na koniec. 

Wspomniane zdanie o braciach Krasickiego, PR, lobbingu wypadło z notatki Jacka Karnowskiego i już go tam dzisiaj nie ma. 

Morawiecki słabnie, Nowogrodzka chwyta lejce

Co tam w obozie władzy? Dzieje się. Warto zwrócić uwagę na spadek pozycji Mateusza Morawickiego przy okazji trwającego maratonu wyborczego. 

Głównym „technologiem władzy” jest dziś Waldemar Paruch, który z badań wróży, w którą stronę poruszać się, by osiągnąć dobry wynik w wyborach europejskich. 

Sporo do powiedzenia ma Tomasz Poręba, wspierany przez słynną dwójkę z firmy Solvere, czyli Annę Plakwicz i Piotra Matczuka, którzy pod koniec roku zostali wypchnięci z KPRM przez drużynę Morawieckiego. 

Widać więc wyraźne przesunięcie decyzji w stronę Nowogrodzkiej i tu warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden drobny szczegół. Prasa podawała przed kilkoma tygodniami, że Jarosław Kaczyński będzie szedł operować pokiereszowane kolano. Naprawa została przesunięta i lekarze mają wziąć się za nogę prezesa dopiero w grudniu, czyli po wyborach parlamentarnych. Trudno to zrozumieć inaczej niż w kategoriach politycznych. Prezes nie chce, by pod jego nieobecność Morawiecki, Ziobro i reszta stada pourywali sobie nawzajem głowy. Najwyraźniej uznaje ten czas za taki, w którym należy pozostać na straży. 

Pytanie, gdzie w tej całej układance jest miejsce dla Morawieckiego? 

Jego rola spada do technicznego wykonawcy, a nie decydenta, czy współdecydenta. Widać to po sprawach nawet drobnych, jak choćby po obrastaniu w piórka Marka Suskiego, namiestnika Nowogrodzkiej w KPRM, który teoretycznie, jako szef gabinetu, powinien pracować „na premiera”. A zajmuje się wszystkim, tylko nie tym właśnie.

Naturalnie nikt na krok z wymianą premiera nie będzie się decydował w roku wyborczym. Tym bardziej, że PiS sporo w Morawieckiego zainwestowało, ale zawód związany z jego liderowaniem pozostaje. I pojawiają się tu dwa typy argumentacji. Pozornie sprzeczne, ale wcale się one nie wykluczają. Pierwsza: 

– Morawiecki nie ma własnego zaplecza, które rozumie politykę i PiS-owski elektorat. Ma wokół siebie „banksterów” albo ludzi bez wiedzy o meandrach polityki. W kampaniach wewnątrz PiS są oni nazywani „armią dzieci”.

Argumentacja druga: 

– Morawiecki stara się być w swej retoryce bardziej PiS-owski niż najtwardsi PiS-owcy. Takich ludzi to my mamy wielu. Braliśmy go po to, by otworzył nam drzwi do centrum i to nie dało efektu. 

Może to się jeszcze pozmienia, ale na razie następuje delikatne przesuwanie Morawieckiego z roli delfina do, mówiąc Wałęsą, pozycji zderzaka.

O czym spiskują PiS z Kukizem

Wiele wskazuje na to, że wybory do Parlamentu Europejskiego i Sejmu będą mogą być wyrównane. Jak pokazują sondaże różnica między Zjednoczoną Prawicą a koalicją partii opozycyjnych jest niewielka i trudno na dziś przewidzieć jakikolwiek wynik wyborczy. Jednym z możliwych scenariuszy jest zwycięstwo ZP i brak większości sejmowej potrzebnej do rządzenia. Wówczas PiS będzie potrzebowało koalicjanta, który zapewni kilku, może kilkunastu posłów. Na dziś najbardziej realny wydaje się sojusz PiS z Kukiz’15, mogącym liczyć w sondażach na 5-9 proc. poparcia. Czy taki sojusz jest rzeczywiście możliwy?

Od kilku miesięcy w mediach pojawiają się informacje o negocjacjach między Paweł Kukizem a PiS w sprawie postulatów Kukiz’15. Potwierdza je sam Kukiz, dodając, że rozmowy odbywają się z udziałem przedstawicieli prezydenta Andrzeja Dudy i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Co więcej, lider ruchu wyjawił, że na powyższe tematy kilkukrotnie rozmawiał z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Również politycy PiS niejednokrotnie pozytywnie odnosili się do wizji koalicji, gdyby zaszła taka potrzeba. Trzeba być jednak realistą i takie zapowiedzi traktować jaką grę polityczną – PiS niepewne samodzielnych rządów musi szukać ewentualnych sojuszników, Kukiz’15 marzy o tym, aby być języczkiem uwagi zwycięskiej partii. Warto też wziąć pod uwagę, że PiS niechętnie podchodzi do jakichkolwiek ustępstw, tym bardziej w stosunku do tak małego podmiotu jak Kukiz’15. Po drugie, część postulatów Kukiza od wielu lat jest ostro negowana przez liderów PiS. 

Niemniej lider Kukiz’15 wyjawił niedawno, że rozmowy z PiS są na tyle zaawansowane, że obie strony wystosowały przedstawicieli do omówienia punktów ewentualnego porozumienia. Z wypowiedzi Kukiza w mediach wynika, że jest co najmniej pięć punktów, które po choć częściowym uwzględnieniu skłonią jego ruch do  ewentualnego współrządzenia z PiS. Kukiz konsekwentnie zastrzega, że nie będzie to typowa stała koalicja. Jakie punkty były i są negocjowane?

1. Referendum obligatoryjna dla władzy – po zebraniu miliona podpisów rząd musi przeprowadzić referendum, którego wyniki będą dla niego obligatoryjne. Kukiz chce się od PiS, aby próg frekwencyjny został obniżony do 30 proc. Kukizowcy postulują też, aby proporcjonalnie podobne przepisy obowiązywały na poziomie samorządowym. I choć Kukiz zapowiada, że jest to warunek podstawowy, od którego nie odstąpi, w praktyce nie ma szans na jego wprowadzenie. PiS niechętnie podchodzi do idei cyklicznych referendum, które destabilizowałyby scenę polityczną. Obligatoryjne referendum to zbyt duże ryzyko wprowadzania obywatelskich inicjatyw, które nie są po myśli PiS np. zniesienie zakazu aborcji czy wycofanie religii ze szkół.  

2. Mieszany model ordynacji wyborczej – jak wiadomo naczelnym hasłem Kukiz’15 jest wprowadzenie jednookręgowych okręgów wyborczych w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Ponieważ taka wizja jest mało realna, Kukiz chciałby od PiS gwarancji wprowadzenia chociażby modelu mieszanego (ordynacja d’Hondta/ JOW). I tylko na to może liczyć Kukiz, gdyż prezes PiS wielokrotnie odrzucał systemowe wprowadzenie JOW, które w jego opinii mogą doprowadzić do oligarchizacji życia politycznego. Mimo to jest tu pole do kompromisu, co m.in. pokazała zmiana ordynacji wyborczej przeprowadzona przez PiS w 2017 r., która wprowadziła JOW-y w gminach do 20 tys. mieszkańców. 

3. Sędziowie pokoju, wybory członków KRS i Prokuratora Generalnego – w związku z reformą sądownictwa Kukiz’15 skutecznie nakłonił PiS to wprowadzenia instytucji sędziego pokoju, który rozstrzygałby najprostsze sprawy. Tych sędziów wybiorą w głosowaniu obywatele. Takie rozwiązania zakłada najnowszy projekt ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. PiS wprowadził także postulowany przez Kukizowców mechanizm wybierania członków Krajowej Rady Sądowniczej przez większość sejmową. Ruch chciałby także „odpartyjnienia” stanowiska prokuratora generalnego, którego mieliby wybierać obywatele. Ten punkt jest nierealny. PiS uważa, że oddzielenie funkcji ministra sprawiedliwości od prokuratora generalnego za czasów rządu PO-PSL doprowadziło do wielu patologii w systemie nadzoru. Jedną z pierwszych decyzji PiS po wygranych wyborach w 2015 r. było ponowne połączenie obu funkcji.   

4. Podniesienie kwoty wolnej od podatku/ zmniejszenie biurokracji – Kukizowcy w umowie koalicyjnejchcą zapisać podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł dla wszystkich obywateli. Na dziś pomysł wydaje się niewykonalny, gdyż PiS realizuje kolejne wielomiliardowe programy rodzinno-socjalne. Po drugie PiS w 2017 r. podniósł kwotę wolną od podatku z 3091 do 6600 zł. Inny postulat dotyczy ograniczenia biurokracji np. likwidacji Powiatowych Urzędów Pracy, odchudzenia ZUS i innych urzędów oraz gabinetów politycznych. Tu także aktualnie politycy PiS są na „nie”, aczkolwiek istnieje pole do negocjacji np. w sprawie odchudzenia gabinetów politycznych.

5. Wprowadzenie ustawy antykorupcyjnej – to najnowszy postulat Kukiza wzorowanych na przepisach wprowadzonych niedawno we Włoszech. Ustawa antykorupcyjna m.in. zakłada, że posłowie mogliby pracować w Spółkach Skarbu Państwa dopiero po 12 miesiącach od wygaśnięcia mandatu oraz dożywotni zakaz sprawowania władzy przez polityków skazanych za korupcję. Ze wszystkich postulatów Kukiza ten wydaje się najbardziej realny do zaakceptowania przez PiS. Tym bardziej, że rządząca partia przygotowała zbieżne propozycje w tzw. ustawę o jawności życia publicznego, która tymczasowo została zamrożona. Z pewnością PiS będzie chciał do niej wrócić.   

Jak widać obie strony jednocześnie łączy i dzieli kilka punktów. Zatem, czy jest możliwy kompromis? Pytanie czy w ogóle będzie możliwy, bo przecież można sobie wyobrazić, że stronnictwo muzyka wyląduje poza Sejmem. Albo scenariusz, w którym Koalicji Europejska z Platformą na czele i partią Biedronia zdobywa większość dającą władzę. Czy PiS będzie potrzebował Kukiza’15, aby rządzić? Czy PiS przystanie na jakiekolwiek warunki Kukiza? Co będzie w stanie poświęcić za sojusz? Tego wszystkiego dowiemy się jesienią. Warto jednak widzieć, że ożywione i dość konkretne rozmowy między tymi stronnictwami toczą się już dziś.    

Jacek Kurski, człowiek wart 2,6 miliarda złotych rocznie

Jacek Kurski ma prawo być dumny. Cena za jego głowę wynosi aż 2,6 mld złotych rocznie. Płatnicy? Banki i my, tych banków klienci. 

Ciekawa myśl zakopana jest wewnątrz dużego tekstu Eugeniusza Twaroga w dzisiejszym „Pulsie Biznesu”. Myśl taka, że między PiS-em i prezydentem Andrzejem Dudą zawarty jest cichy deal: Większość sejmowa przeprowadza prezydencką ustawę frankową, w zamian za co Duda podpisuje ustawę abonamentową. I, co dodam od siebie, przestaje naciskać na zepchnięcie Jacka Kurskiego z fotela szefa telewizji. 

Sprawy wyglądają następująco. 

Można zaryzykować tezę, że ustawa frankowa ma jednego zwolennika – jest nim Andrzej Duda. Wszyscy inni są z niej niezadowoleni – frankowicze, banki. Ludzie powszechnie uważają ją za niesprawiedliwą i PiS na tym jeszcze traci. Dowodzą tego ostatnie badania przeprowadzone na zlecenie Instytutu Jagiellońskiego. (https://businessinsider.com.pl/finanse/pomoc-dla-frankowiczow-nowy-raport-kantar-i-instytutu-jagiellonskiego/sxvj3z3

Dlaczego PiS w to idzie?  Kwestia politycznego targu z Andrzejem Dudą, który kampanii 2015 roku składał nierozważne obietnice pod adresem frankowiczów i jest o te obietnice wciąż zaczepiany. Na czym ten targ ma polegać? 

Z Pałacu w ostatnich tygodniach docierały sygnały, że Andrzej Duda nie podpisze ustawy abonamentowej (kolejnej kroplówki dla TVP), o ile Jacek Kurski nadal będzie prezesem telewizji.  

No i tak się ciekawie złożyło, że ustawy frankowa i abonamentowa uchwalane będą na jednym posiedzeniu, które zaczyna się w środę. Co interesujące, posiedzenie komisji finansów publicznych przesunięto z czwartku na środę, by nie było żadnych niespodzianek i sprawę franków udało się zamknąć na jednym posiedzeniu. 

Ciąg technologiczny został już ustalony. Proszę zwrócić uwagę, że marszałek Karczewski na przyszły tydzień zapowiedział posiedzenie Senatu, na którym głosowane będą ustawy z rozpoczynającego się właśnie posiedzenia Sejmu. 

Wszystko wskazuje na to, że Andrzej Duda chce mieć na stole jednocześnie obie ustawy – frankową i abonamentową. I tym samym pewność, że nie zostanie wykiwany przez Jarosława Kaczyńskiego wedle zasady: „Niech pan podpisze abonamentową, a frankową panu zrobimy na biegu”. 

Polityczne interesy, logika, terminy podpowiadają jedno. Deal pod tytułem: zachowana głowa Kurskiego przez Kaczyńskiego za ustawę frankową dla Dudy. 

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że precyzyjnie można wskazać, ile Kurski jest wart. Koszty ustawy frankowej rocznie wyniosą 2,6 mld złotych i zapewne potrwają najmniej 10 lat. Zapłacą banki. Może inaczej. My, w cenie kredytów i usług bankowych.