Sprawa Banasia jest jednym z najciekawszych historii ostatnich lat. Jest to opowieść ponura, jeśli idzie o sprawę profesjonalizmu służb specjalnych i szerzej polityki. I jest to sprawa, która ma pułapkę mogącą władzę PiS-owską wysadzić w powietrze.
Banaś do niedawna stał na czele KAS-u. Krajowa Administracja Skarbowa to jest de facto służba specjalna – byli funkcjonariusze tajnej policji, policji zwykłej, skarbowcy, panowie z CBA i tak dalej. Już samo tworzenie tej organizacji napotkało na wiele raf. Mnóstwo ludzi potraciło robotę, zostało wypchniętych na boczny tor i to często nie byli goście zza biurek, ale celnicy, właśnie goście powiązani z policją, czy tajnymi służbami. Było wielu niezadowolonych. KAS nastąpiła też na łapkę wielu ludziom, którzy prowadzili krociowe interesy. Nie tam interesy polegające na tym, że ktoś w kopercie zawinął 30 kawałków, ale biznesy, w których kwoty miały dziewięć zer.
Krótko mówiąc, jeśli idzie o kwestie formalne Marian Banaś nie był zwykłym niutkiem, albo piątym zastępcą minister Teresy Czerwińskiej. Był gościem w oku cyklonu, był jednym z najważniejszych urzędników państwa.
Tak mniej więcej z rok temu Banaś, po jakimś konflikcie z celnikami, sam wyszedł z propozycją, żeby CBA przebadało mu oświadczenie majątkowe. I „Trzy litery” badały te oświadczenia z rok, co i raz wysyłając mediom, komunikaty, że proces ten będzie przedłużany na kolejne miesiące.
Banaś w tak zwanym międzyczasie, po wyborach europejskich, został pełnym ministrem finansów i po wakacjach szefem Najwyższej Izby Kontroli. Można oczywiście stawiać tezę, że służby chciały mieć na stanowisku szefa finansów, a potem NIK-u człowieka, na którego są jakieś haki. Ale ja bym tę wersję włożył między bajki. Jest zbyt wyszukana, jak na krajowe standardy.
Było po prostu tak, że przez ten blisko rok nikt nic nie zrobił, nie sprawdził, nie zbadał. Ani zimą, ani wiosną, ani latem nie odbyła się rozmowa Mariusza Kamińskiego, Jarosława Kaczyńskiego i Banasia, która mogłaby/powinna wyglądać mniej więcej tak: „Słuchaj Marian, zrobiłeś dla nas cholernie dużo. Naprawdę, gdyby nie twoja determinacja i pójście, jak przecinak nie mielibyśmy na 500+. Jesteś symbolem uszczelnienia podatków, połapania tych mafii VAT-owskich. Ale jest problem. Masz burdel w oświadczeniach majątkowych. I to taki, którego nie da się wyprostować. Za duże ryzyko dla nas i dla Ciebie, kochany. Więc zrobimy tak, że w przyszłym tygodniu wydasz oświadczenie, że z powodów zdrowotnych nie możesz dalej zasuwać tak, jak zasuwałeś w KAS. Dostaniesz medal, kwiaty. I pójdziesz na wiceszefa zarządu Orlenu, Lotosu, PGNiG, czy co ci tam pasuje. Sam zdecydujesz”.
Taka rozmowa się nie odbyła. Służby nie ostrzegły polityków, politycy nie porozmawiali na czas z Banasiem. Więcej, lider obozu politycznego sam w wakacje zaproponował Banasiowi, by ten stanął na czele NIK! Panowie wprowadzili Kaczyńskiego wprost na minę.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy tych błędach, zaniedbaniach służb. Wspomniałem, i co do tego nie ma chyba sporu, że Banaś przez kilka lat był facetem na pierwszej linii frontu nawalania się z czymś, co do języka popularnego weszło jako „mafie vatowskie”. Jednocześnie przez te lata składał oświadczenia majątkowe, które podobno weryfikować ma CBA. I tutaj jest pytanie. Czy polskie służby stosują jakąś, choćby najmniejszą, osłonę kontrwywiadowczą dla postaci na tak ważnych stanowiskach? Ja nie mówię o inwigilacji, tylko nieinwazyjnych sprawdzeniach. Podam prosty przykład. Wiadomo, że Banaś miał kamienicę w Krakowie, której własność wykazywał w oświadczeniu. Jeden telefon z CBA do komendy policji w Krakowie w stylu: „Kochaniutcy, dajcie nam info, co jest na Krasickiego pod numerem 24”.
I wtedy przyszłaby zapewne odpowiedź: „Jest tam taki nibyburdel, 30 skarg w ostatnich latach mamy zanotowane”. I wtedy Mariusz Kamiński lub Ernest Bejda, stojący na czele CBA, powinien udać się z krótką wizytą do Mariana Banasia z następującym przekazem: „Minister rządu nie wynajmuje lokalu na nibyburdel. Masz dwa tygodnie na usunięcie tego dzierżawcy. I ani jednego dnia dłużej”. Tak to działa w normalnych państwach, ale my mamy państwo bezradne i kartonowe.
I teraz tak. PiS nie mając pojęcia o bałaganie w oświadczeniach majątkowych zrobił Banasia szefem NIK-u, który z racji sprawowanego urzędu ma dużą ochronę konstytucyjną. Wybuchł kryzys, którego PiS nie umiało rozwiązać, mimo nadzwyczajnych, jak to się opisuje, zdolności politycznych Jarosława Kaczyńskiego.
Z białego wywiadu, dostępnych informacji można wywnioskować, jak ten kryzys wyglądał i gdzie ludzie Kaczyńskiego popełnili błędy. Było tak, że bodaj w zeszły czwartek PiS (przy wsparciu Banasia) przeprowadził nominację na wiceszefów NIK-u dla dwóch swoich polityków – Tadeusza Dziuby i Marka Opioły. Tego samego dnia w rozmowie Kaczyński i Kamiński wezwali Banasia do opuszczenia stanowiska ze względu na niedopuszczalny bałagan w oświadczeniach majątkowych, na co ma wykazywać nieujawniony dotąd raport CBA. Banaś, na co wskazują kolejne wydarzenia, zgodził się odejść.
Przedpołudniem następnego dnia, czyli w piątek, podpisał jednozdaniową rezygnację i posłał swego kierowcę z papierem do marszałek Sejmu, Elżbiety Witek. Tyle, że wcześniej ani Kaczyński, ani żaden z ważnych jego podwładnych nie wytłumaczył Banasiowi jak ta dymisja musi być napisana. I że musi się w niej znaleźć przekazania pełnienia obowiązków jednemu z politycznych zastępców, a konkretnie Tadeuszowi Dziubie. Bo jest oczywiste, że taki właśnie był plan PiS-u: powołujemy Banasiowi zastępców, potem on odchodzi, Izbą pokieruje Dziuba, skoro nie mamy ze względu na brak większości w Senacie (przynajmniej do wyborów prezydenckich, które zmienią sytuację np. PSL-u) możliwości powołania nowego prezesa. Proste.
Tego Banasiowi nikt nie wytłumaczył. Witek, jak rozumiem, poinformowana o planie kierownictwa partii odesłała Banasiowi „właściwą” wersję rezygnacji do podpisu. Taką z przekazaniem obowiązków Dziubie. Przy okazji zrobiła też krok wyjątkowo niemądry, bo zwróciła także pierwotną dymisję, czyli została z niczym. I tu PiS popełnił błąd kolejny. Mianowicie ze smyczy spuszczono harcowników, takich jak Beata Mazurek, którzy publicznie zaczęli obrażać Banasia i przymuszać go do odejścia. Do tego doszła jeszcze jedna rzecz. Popołudniu w piątek CBA poinformowało, że kieruje zawiadomienie w sprawie Banasia do prokuratury. Z tego, co podała środowa DGP, wynika, że zrobiono to, mimo iż, Banaś miał jeszcze blisko tydzień na odniesienie się do protokołu kontroli CBA.
I teraz wyobraźcie sobie państwo Banasia, który jeszcze kilka godzin wcześniej słał dymisję do Witek. Siedzi w piątek gabinecie szefa NIK i dostaje następujące komunikaty: „Od początku mieli plan, że mnie wypchną, tylko czekali na powołanie następców, nawet w sumie jacyś drobni politycy PiS mają przyzwolenie na grillowanie mnie publicznie, CBA nawet nie czeka na moje uwagi i gna do prokuratury. Jaki będzie ciąg dalszy? Zatrzymają mnie, posadzą w areszcie, żeby pokazać jacy są pryncypialni i czyści?”. No więc Banaś postanowił papieru z rezygnacją Witek nie odsyłać. Nawet tego pierwszego, mimo rozpaczliwych próśb płynących z Sejmu. Gdyby PiS postąpiło chłodniej i rozsądniej, nie zaczęło grillować Banasia, miałoby jego dymisję. Ale nie ma, bo postąpiło bezmyślnie.
Co więcej, doszło do eskalacji napięcia. Władza zaczęła polowanie na syna Banasia, który został wypchnięty momentalnie z Pekao SA, w niespotykanie pilnym trybie prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie oświadczeń majątkowych prezesa NIK. Do tego media, szczególnie jeden z dzienników, pełne są przecieków z tajnych służb, które mają obu Banasiów dyskredytować. Rozumiem, że krokiem następnym będzie wypuszczanie fragmentów raportu CBA i dociskanie szefa NIK-u.
Nie znam Mariana Banasia. Z medialnych doniesień widzę, że to jest facet spod Nowego Targu, karateka. Siedział za komuny w więzieniu za działalność opozycyjną, no i zmontował dość konkretną służbę specjalną. Czyli nie jest to jakaś pierwsza lepsza lebiega.
Z publicznych wystąpień widać, że jest to człowiek prostolinijny, niezamieszany w politykę zadaniowiec, który jest podbudowany swymi osiągnięciami w KAS.
Jeśli dobrze rozumiem konstrukcję takich ludzi to widzę ją tak, że jeśli ktoś taki dostaje w pysk, jest obrażany, poniżany przez jakichś partyjnych aparatczyków bez zasług to oddaje. I tego na miejscu PiS-u jednak trochę bym się bał. Banaś był przez lata w sercu systemu, niejedno wie, niejedno widział i to nie z pozycji gońca, ale jednej z najważniejszych postaci. Dziecko wie, że jak zagonisz dużego psa do kąta, będziesz go szturchał, popychał, krzyczał to masz sporą szansę, że ugryzie.
PiS ma historyczną zdolność do wysadzania się w powietrze. Przypomnijmy sobie, że poprzednim razem zapalnikiem w 2007 roku stała się afera gruntowa wewnątrz obozu władzy, która była czerwonym dywanem i to po nim Tusk poszedł po władzę 12 lat temu. PiS i tajne służby rozegrały historię z Banasiem w sposób fatalny. Kaczyński lubi korzystać z nagiej siły, a nie dyplomacji. Nie sądzę, żeby grzebanie akurat przy bombie takimi narzędziami było strategią mądra w obliczu „sprawdzam”, jakim są wybory za pół roku. Naprawdę. I w polityce czasem warto się zatrzymać. I pomyśleć. Nawet, jeśli jest się silnym.